Ja & Go

Oto krótka historia, jak zapoznałem się z grą w Go i jak wpłynęła ona na moje życie. Mam nadzieję, że Cię zainteresuje. A jeśli nie, to po prostu tego nie czytaj. :)

Jak się to wszystko zaczęło.

Zacząłem grać w Go około 1980, z dokładnością do roku. Mieszkałem wtedy w Polsce, w Katowicach. Pamiętam, że byłem wtedy zagorzałym szachistą i wiele wolnego czasu spędzałem ślęcząc nad książkami szachowymi i nad szachownicą z figurami w ręku. Było to dla mnie nie tylko zabawą ale też inspiracją umysłową, której tak bardzo łaknąłem. No, szczerze mówiąc byłem pochłonięty wieloma grami, szachy były jedynie jedną z nich. Grałem w co mogłem.

O Go po raz pierwszy usłyszałem od sąsiada. Uchodził on za silnego szachistę, ale koniec końców gdy poznał Go, przerzucił się. Próbował zainteresować mnie tą grą dość często, ale jakoś zawsze uchylałem się od tych jego "pocisków" używając najróżniejszych wymówek, żeby uniknąć nauki gry. Wciąż nie jestem pewien dlaczego... może dlatego, że Go wyglądało tak odmiennie od większości "zachodnich" gier, w które grałem.

Kiedy wreszcie uległem i spojrzałem na grę... to była miłość od pierwszego wejrzenia. Szachy i wszystkie inne gry poszły w niepamięć, a jedyne o czym byłem w stanie myśleć to była gra w Go. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności regularne spotkania klubu Go odbywały się na ostatnim piętrze budynku, w którym mieszkałem. Dogodnie.

Najsilniejszym graczem w klubie był Jan Lubos (ówczesny 1d, chociaż szybko osiągnął stopień 4d) i podążyłem za nim jak bezradny psiak. Nie jestem pewien, co on o tym myślał, ale ja uznałem go za swojego pierwszego sensei. Czerpał perwersyjną wręcz przyjemność z łupienia mnie na 9 kamykach. Ale potem znajdował czas, siadał ze mną tłumacząc co zaszło na gobanie i uczył. Był zawsze bardzo cierpliwy i wyrozumiały, słowem wspaniały nauczyciel. Byłem mu bardzo wdzięczny. Nadal jestem. Janku, dziękuję Ci.

Pierwszy zestaw do Go jaki miałem był papierowo-plastykowy, pożyczyłem go od wspomnianego sąsiada. Nie miałem zielonego pojęcia o Go (poza tym, że znałem zasady), mimo to stawiałem te płaskie, plastykowe "kamienie" na papierze z zaciekłą pasją. To była świetna zabawa.

Moją pierwszą książką była kserokopia: "Lessons in the Fundamentals of Go" Kageyamy. Wertowałem ją strona po stronie, niespecjalnie dużo rozumiejąc, ale mimo wszystko mozolnie czytałem dalej. Wiele rzeczy utkwiło mi w pamięci. Pamiętam jak czytałem o snap-backach... raptem kilka dni później wygrałem grę przeciwko sporo silniejszemu goiście właśnie dzięki temu (oczywiście dostałem 9 handi)... zabawne - nie mam pojęcia czemu wygrałem tamtą grę. Zdobyłem ogromną grupę, zabijając połączyłem swoje kamienie za pomocą snap-backa... ale ten gracz pozwolił mu zostać na gobanie, a ja całymi dniami zastanawiałem się, dlaczego on zwyczajnie nie zabrał mojego snap-backowego kamienia. To było coś! :)

Kiedy mój sąsiad, goista ostatecznie opuścił kraj, odziedziczyłem jego szeroką kolekcję książek o Go. Miał każdą, bez wyjątku książkę wydaną po angielsku w tamtych czasach. To jest rdzeń mojej goistycznej biblioteki po dziś dzień. Dostałem też cały sprzęt do Go, goban albo nawet dwa i szklane kamienie. Nigdy więcej papieru i plastyku! Wow!

Na swój pierwszy turniej musiałem pojechać do Warszawy, stolicy Polski. Z tego, co pamiętam podróż pociągiem trwała niemal całą noc. Każdego miesiąca były tu organizowane turnieje weekendowe, jeśli dobrze pamiętam. Myślę, że były to wtedy jedyne turnieje w Polsce, poza krajowymi mistrzostwami. Był tam każdy polski goista... ale nie było nas wielu. W owym czasie w Polsce grało aktywnie w Go około 100 ludzi. Całe tłumy. :)

W każdym razie, tak się wciągnąłem, chodząc na sporadyczne turnieje, starając się zainteresować kolegów z klasy grą w Go (z różnym rezultatem), doskonaląc swoje umiejętności. Wtedy to wreszcie opuściłem kraj, w roku 1982. Miałem wtedy coś około 5 kyu.

Przebicie do Shodana.

Z Polski wyemigrowałem do Włoch. Spędziłem tam niemal rok, ale nie mogłem grać w Go. Prawie wcale nie znałem języka, więc zadawałem się niemal tylko z polskimi imigrantami, takimi jak ja. Żaden z nich nie słyszał o Go... a ja nie miałem energii aby ich uczyć.

Z Włoch pojechałem do Niemiec. Kilka miesięcy spędziłem w Munich, ale potem przeniosłem się do Clausthal-Zellerfeld. Dawniej znajdował się tam klub, kiedyś, ale był nieaktywny, wielu graczy wyjechało podążając za karierą, i tak dalej. Była to goistyczna pustynia. Nie zagrałem żadnej gry przez blisko trzy lata.

Wtedy około 1986 roku spóźniony Klaus Helf (1k) przybył do Clausthal i rozpoczął pracę nad przywróceniem starego klubu Go Clausthaler. Oczywiście ja natychmiast wkroczyłem na estradę i razem wypłoszyliśmy kilku ze starszych graczy nakłaniając ich żeby się ujawnili. Mieli 4k - 7k czy coś około tego. Pamiętam, że mianowałem się drugim kyu, tak więc byłem vice najsilniejszym graczem w klubie. Wiem, wiem, opuściłem Polskę jako 5k i bez rozegrania ani jednej partii dałem sobie siłę 2k. Ale sporo czytałem i studiowałem Go w ciągu tych lat i wydawało się, że mogłem osiągnąć ten ranking istotnie.

I tak oto ponownie stałem się aktywnym goistą. Mieliśmy regularne spotkania i jeździliśmy na turnieje po kraju. Uzyskałem stopień 1 kyu, a potem zdobyłem 1 dan zostając tym samym najsilniejszym graczem w mieście. Ach, jakże byłem z siebie dumny. Nigdy wcześniej nie byłem najsilniejszy "w niczym". Niemal żądałem, żeby zwracano się do mnie per "Sir". Tylko żartuję ;)

W okolicach roku 1987 wyruszyłem z Clausthal do Goettingen, żeby zacząć studia na tamtejszym Uniwersytecie. W Goettingen był raczej mocny klub Go z goistami takimi jak: Wolfgang Isele (5d, który właśnie rok, albo coś koło tego, wcześniej wygrał mistrzostwa Niemiec) czy Gerd Mex (2d). Spotykaliśmy się regularnie, raz w tygodniu w miejscowym pubie. Ale nie tylko, graliśmy też co tydzień u Gerda, były to spotkania przeznaczone dla silniejszych graczy, tylko na zaproszenie. To właśnie tutaj osiągnąłem poziom 2 dana.

Spędziłem u Gerda niezliczone godziny, grając niezliczoną ilość gier, pijąc niezliczoną liczbę butelek piwa i paląc niezliczenie wiele cygar i papierosów. Wciąż czule wspominam tamte dni. Dziękuję Ci Gerd za sposobność poznania Cię i za to, że otworzyłeś dla mnie drzwi Twojego domu.

Wyjazd i Awans

Pod koniec roku 1989 wyjechałem z Niemiec do Kanady. Jeździłem po całym kraju, aż wreszcie zaaklimatyzowałem się w Toronto. Klub Go w Toronto po raz pierwszy odwiedziłem około 1992. Była to więc następna długa przerwa w grze, trzyletnia. Nie miałem czasu ani energii, aby studiować Go przez te lata. Toteż mój poziom nieco ucierpiał. Kiedy wreszcie znów zacząłem grać byłem w stanie osiągnąć poziom 2 dan kanadyjskich.

Pamiętam, że spotkania klubu Go w Toronto odbywały się w małym, śródmiejskim Domu Kultury przy Church Street. Zamykali go chyba około 22.00. A my, goiści pozostawaliśmy zdani na własne siły. Wielu z nas udawało się potem do pobliskiego pubu na dalsze partie i na piwo. Niezapomniane piwo. Partie Rengo stają się o wiele zabawniejsze po opróżnieniu kilku butelek, uwierz mi. ;)

No cóż, dobre czasy nie trwały długo. Studiowałem wtedy na Uniwersytecie i szybko okazało się, że miedzy nauką a pracą nie miałem czasu na Go. I tak przestałem chodzić do klubu, zarzuciłem grę. Było to bardzo trudne, ale konieczne. Życie miało pierwszeństwo.

W roku 1996 przeniosłem się do Phoenix w Arizonie, żeby skończyć studia. "Odkryłem" też  wtedy internet i swój pierwszy serwer Go: Microsoft Gaming Zone. Ach, ależ miałem radochę! Dość szybko dowiedziałem się o IGS i NNGS (który niestety, jak się zdaje, już nie istnieje) Odkryłem rec.games.go oraz flamerów, "rzucających mięsem" w "internetowych wojnach". To wszystko było tak fascynujące, że wciągnąłem się...

Godzinami mogłem siedzieć przed monitorem, grać lub czytać zapominając o całym świecie. Moja radość była bezgraniczna, niczym podróżnika, który po tygodniu na pustyni otrzymuje w prezencie butelkę zimnej wody. Znowu byłem "zabiegany", zostałem goistą-internautą.

Stale zarzucałem grę twarzą w twarz, jednak internet był całkiem dobrym substytutem. Włożyłem tak wiele energii w grę przez sieć, że niepostrzeżenie awansowałem o co najmniej jeden kamień. Zdaje się, że w tym czasie opuściłem Phoenix, później, w tym samym roku "wypłynąłem" grając jak 3 dan. Nie jestem pewien kiedy przerzuciłem się na serwery bez rankingu, typu MSN w miejsce bardziej poważnych, takich jak: IGS. To naprawdę jest o wiele zabawniejsze, niż kiedy ustawicznie wpadasz na cymbałów martwiących się bardziej o swój ranking aniżeli o to, aby być uprzejmym.

Staję się "Niemal Respektowany"

Opuściłem Phoenix i pod koniec 1996 udałem się do San Diego, znalazłem tam pracę. Jedną z moich pierwszych przyjemności było kupienie nowego, markowego komputera, zainwestowałem w łącze z internetem i tak kontynuowałem wielką przygodę, jaką jest dla mnie Go. Przez blisko dwa lata grałem wyłącznie przez sieć.

Latem 1998 (jeśli dobrze pamiętam) poznałem twórcę NNGS, Erika van Ripera, mieszkał w San Diego, jak ja. Zaaranżowanie spotkania na żywo nie zajęło mi wiele czasu (w przeciwieństwie do spotkania w sieci). Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj... prażące, gorące słońce... ja oparty o swój samochód, przed Toys-R-Us w Mira Mesa, ubrany tak, jak opisałem Erikowi, trzymając broszurkę jak to było zaplanowane... niczym z jakiejś wielkiej powieści kryminalnej, lol. Wszystko po to, abyśmy mogli odnaleźć się wśród tłumu. I wtedy pojawił się on... dżinsy, długie włosy i w ogóle. Cześć Erik! ;)

Zdecydowaliśmy, że pójdziemy do pobliskiej kawiarni Starbucks i zagramy tam partię albo dwie. Dałem mu 2 handi. Zdaje się, że wygrałem wszystkie gry. Byłem nieco zdenerwowany, trzęsły mi się ręce. To moje pierwsze gry na żywo od lat!

W następnym tygodniu Erik zabrał mnie do kawiarni Twiggs w Hillcrest, gdzie miały miejsce spotkania miejscowego klubu Go. Spotkałem tam wielu tamtejszych goistów. Tutaj też uświadomiłem sobie, co było dla mnie wielką niespodzianką, że osiągnąłem poziom 4 dan! Całkiem nieźle, prawda? Chodziłem też na inne goistyczne spotkania w San Diego i okolicach... ale najbardziej polubiłem Twiggs, zacząłem więc pokazywać się tam każdego poniedziałku.

Klub Go w Twiggs był raczej nieduży. Składał się może z 10 "regularnych" graczy i 6-8 okazjonalnych. Frank, 6d był spośród nas najsilniejszy. Byłem jakby jego zastępcą, drugim "najsilniejszym" graczem. Frank jest niezwykle biegły w teorii Go i z pewnością potrafi wyjaśniać grę lepiej niż ktokolwiek inny, kogo spotkałem dotychczas. Siedzieliśmy z nim godzinami, Frank "wykładał", a my wszyscy słuchaliśmy uważnie. To właśnie te "wykłady" i wiele osobistych wskazówek Franka sprawiło, że doczekałem się skoku na (raczej słabe, nie mniej jednak) 5 dan. Dziękuję Frank, mam nadzieję, że będę miał okazję z Tobą zagrać i posłuchać Cię znowu.

Około roku 2002 (czy to był 2001?), Frank przestał regularnie odwiedzać Twiggs, z takich czy innych powodów. A wraz z nim zniknęło wielu innych silnych graczy, włączając mnie. Smutne... wiem. I czuję się winny... trochę. Prawdę powiedziawszy był w Twiggs pewien 2d, porwany przez grono graczy kyu, i to byłoby na tyle. Swoją drogą pozwalałem mu "rozwalać" mnie na 3-4 kamieniach, nie miałem żadnych wyzwań w Twiggs. Więc znowu zostałem graczem tylko-przez-sieć.

Nadal czasem pokazuję się w Twiggs. Może raz w roku. Może rzadziej...

Długa Droga W Dół

Gra przez sieć jest prosta. Zbyt prosta. Spotykasz masę słabych graczy, ucieczkowiczów i oszustów. Komputery są zbyt rozpraszające. To za łatwe: grać w okienku czytając równolegle rec.games.go albo robiąc coś jeszcze innego.

To trudne: traktować grę przez sieć tak poważnie jak grę z żywym przeciwnikiem. Nie jest to niemożliwe, ale pomyśl ile wymaga poświęcenia i samodyscypliny. Nie miałem tyle samozaparcia. Moje partie były szybkie, grałem głównie przeciw dużo słabszym graczom i robiłem w międzyczasie "coś innego". I tak, z roku na rok, mój poziom gry spadał. Grałem coraz słabiej i słabiej.

Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł się teraz mianować 3d, może równym 2d. Nadal, przy sprzyjających okolicznościach mogę się wznieść i w nagłym porywie zagrać jak silne 4d (albo słabe 5d)... mniej więcej na jedną grę. Jednak wkrótce brak prawdziwego treningu sprawia, że tracę koncentrację i robię gafę godną żółtodzioba.

Ale nie zrozum mnie źle. Tak bardzo tego nie żałuję. To była frajda: wygłupiałem się na serwerach, zmieniałem nicki, ukradkiem zaczepiałem przyjaciół jako ktoś inny, wyłaniałem się pod postacią jakiejś skandalicznej "persony". Było świetnie. Mógłbym robić to znowu... ma się rozumieć, że faktycznie będę. Aha!

Od czasu do czasu przyrzekam sobie: zacząć znowu grać na poważnie, wrócić do dawnego rankingu, wzbudzać „respekt”. Pokazać tym wszystkim nowicjuszom czego dokonałem. Nie pozwolić świeżo upieczonym, rozentuzjazmowanym 2 danom dyrygować sobą. Ale wreszcie zdałem sobie sprawę, jak prosto dobrze się bawić mając w nosie ranking, bycie poważnym czy "respektowanym".

I tak, trzymając się tego schodzę w dół, krok po kroku, świadomie unikając gry „na serio"... czasem (często?) zgodnie z powyższym, umyślnie powstrzymuję się od przemyślanych ruchów podczas gry. Wygrana czy przegrana - to już niewiele dla mnie znaczy, dopóki gra jest zajmująca. A jeśli mogę zrobić jakiś zabawny ruch, albo dwa, aby uczynić grę ciekawszą, rzadko się waham. To wszystko prawdopodobnie sprawiło, że mój sieciowy ranking oscyluje w okolicach 1k, ale co z tego? W ten sposób czerpię z gry większą radość, naprawdę. I... to dość sprytne: być słabszym. Łatwiej wtedy zagrać dobrą grę.

Kiedy miałem oficjalne 5d, kiedykolwiek i gdziekolwiek nie poszedłem, była tam garstka albo nawet nie było żadnego gracza, z którym mógłbym zagrać równą grę lub od którego mógłbym się czegoś nauczyć. To była mordęga. Ludzie oczekiwali ode mnie, że zawsze będę grał dobrze, w każdej grze. Zacząłem być powszechnie "respektowanym" goistą, ale nie czułem się dobrze w tej roli.

No, ale, nie ważne...
Jestem sobą i oto kim jestem.
I to mnie, na razie, zadowala. :)

Apr.2006 (rb)
Tłumaczenie: Myszek